Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się zasnąć z odpalonym papierosem w ręce. To pewnie przez to zmęczenie, muszę uważać. Na szczęście nie spłonąłem żywcem – jedyna ofiara całego zajścia to lekko przypalone prześcieradło. Ale mniejsza z tym, dziś wielki dzień – zaczynam pracę. Będą pieniądze, będą rozrywki, będzie sens życia. Wprawdzie telemarketing to nie jest szczyt moich ambicji, ale cóż, licealista dużego wyboru nie ma. Chyba wolę to niż cały dzień sprzedawać sfrustrowanym, podirytowanym ludziom hamburgery. Choć rozsądnie na to patrząc – teraz będę cały dzień sprzedawał sfrustrowanym, podirytowanym ludziom książki o ubezpieczeniach społecznych w praktyce. Wszystko ssie. Ale pieniądze na wakacyjną zabawę z nieba nie spadną. I tak dobrze, że matka opłaca mi klitkę w Warszawie i daje kasę na podstawowe potrzeby. Niestety ostrego chlania i napalonych dziewczyn nie uznaje za podstawową potrzebę.
Skierowałem się w stronę łazienki z zamkniętymi oczami. Nie lubię z rana patrzeć na ten syf w moim mieszkaniu. Niby nie jest dramatycznie – na bałagan składają się w większości opakowania po różnych produktach, papierki, butelki, siatki po zakupach – nie ma starego żarcia. Syfu organicznego (jeśli można tak powiedzieć – nie znam się na chemii) bym nie zniósł. Umyłem zęby i podniosłem powieki. Nie można cały czas się oszukiwać, trzeba stawić czoła problemom. Wieczorem trochę ogarnę. Zajżałem do lodówki i przeprowadziłem remanent. Wyszło, że mam cztery plasterki szynki, dwa żółtego sera, ćwierć kostki masła, jajko i butelkę wody. Wyjąłem z szuflady dwie kromki pieczywa tostowego i wrzucilem na nie wszystko co się do tego nadawało. Nigdy nie miałem talentu do oszczędzania. Po śniadaniu ubrałem się i wyszedłem. Praca czeka.
“Pierwszy dzień zawsze jest trudny” – pomyślałem wracając do domu. Telemarketing to jednak straszne chujostwo. Sześć godzin powtarzania tej samej formułki tylko po to, by w 98% przypadków usłyszeć “spierdalaj” w bezpośreniej bądź nieco milszej formie. Dobrze, że są chociaż przerwy na papierosa. No i gość pracujący przy sąsiednim biurku to całkiem ogarnięty typ. Mówi, że nieźle wymiata na gitarze i że czyta Millera. Zaprosiłem go na wódkę w najbliższym czasie.
Sprawdziłem zawartość portfela – 43 złote i 80 groszy. Wszedłem do sklepu i zacząłem się zastanawiać co kupić do jedzenia. Po dwudziestu minutach zdecydowałem się na tani makaron i jakiś podły sos pomidorowy. Oprócz tego wziąłem jeszcze pół litra gorzkiej i litrową colę. Zawsze zastanawiam się nad tym co zjeść, nigdy co pić.
Gdy dotarłem do mieszkania od razu wstawiłem wodę na makaron – byłem kurewsko głodny. Czekając wyjrzałem przez okno. Marszałkowska… Żyje w samym środku gówna. Nie rozumiem czemu tak lubię to miasto. Sąsiedzi są złośliwi, policjanci wredni a dziewczyny zarozumiałe. Jeden wielki kompleks z tej Warszawy. A do tego wysokie ceny, korki i cuchnące snobizmem knajpy. Nic nie rozumiem.
Woda się zagotowała. Zoorientowałem się, że nie mam soli. “Pierdolić temat” – westchnąłem w myślach i wrzuciłem makaron. W drugim garnku zacząłem przygotowywać sos. W brzuchu burczało niemiłosiernie. Przypomniałem sobię o wódce, wstawiłem ją do zamrażarki. W trakcie gotowania postanowiłem, że nigdzie dziś nie wyjdę. Z gotówki zostały mi tylko jakieś drobne, a konta nie chciałem ruszać – do końca lipca jeszcze 24 dni, a ja wydałem już 40% przesłanych na ten miesiąć przez mamę środków. Zresztą jutro kolejny dzień w nowej pracy, przyda się być wypoczętym.
Przyznam się wam do czegoś – mam na imię Jonasz. Przesrane, nie? Jestem ciekaw co mieli na myśli moi starzy, gdy mi je nadawali. Nie słyszałem by kiedykolwiek ćpali, wydają się całkiem zdrowi na umyśle (choć ojca dość dawno nie widziałem, więc nie wiem czy coś się nie zmieniło w tej kwestii)… Dziwna sprawa. Podejrzana sprawa.
Zjadłem improwizowane spaghetti i spojrzałem na swój brzuch. Jestem chudzielcem, strasznym chudzielcem, niespełna dwu-metrowym gościem trawiącym żarcie z prędkością lokomotywy. Podobno w żargonie dietetyków na takich jak ja mówi się “szybki spalacz”. To dość frustrujące określenie, gdy jest się człowiekiem o słomianym zapale i tendencją do autodestrukcji. Szybki spalacz co się szybko wypala. Kurwa, jak ja bym chciał, żeby ta nazwa kojarzyła mi się z trawieniem.
Wieczorem popijałem drinki oglądając jakiś lekki film w telewizji. Relaks, o tak, tego mi było trzeba. Myślałem o tym, że jutro znów będę musiał stać się częścią niewolniczego systemu, nie szanowaną przez nikogo mrówką, wyrośniętą, kościstą mrówką. Walić to, za pare lat zostanę światowej sławy artystą. Nie wiem jeszcze którą dziedziną sztuki się zajmę, ale zostanę artystą, to pewne, czuje to w żołądku, nogach, włosach, na ustach. W wywiadach naopowiadam o swojej ciężkiej przeszłości, trudnych początkach. Jonasz Trocki stanie się symbolem pokolenia. W sumie to już jest, ale mało kto o nim słyszał.
Spóźniłem się do pracy 40 minut. Dostałem opierdol. To trochę dziwne, ale podobało mi się. Moja szefowa jest demonem seksu, dam sobie głowę uciąć. Ma twarz Kate Holmes i nogi… w sumie też Kate Holmes. Lubię jak na mnie krzyczy. Dawno nie miałem na żadną tak wielkiej ochoty. Coś czuję, że dziś jeszcze trochę nabroję w pracy. W końcu Pani Dorota musi mieć na kim odreagować stresy dnia powszedniego.
Wyszedłem z roboty pół godziny przed czasem. Nie wytrzymałem. Na dworze słońce topiące beton, dziewczyny w miniówach, stragany z lodami i zimnymi napojami, a ja niby mam siedzieć w tym dusznym, obsranym budynku i sprzedawać jakieś irracjonalne gówno?! Nie ma bata. Pierdole, jutro rzucam tę pracę. Do końca tygodnia napewno znajdę coś lepszego, gdzie więcej płacą i zatrudniają mnóstwo dobrych dup. Kto inny wydyma Panią Dorotę.
Pomyślałem sobię, że skoro mam wylądować na bezrobotnym, to mogę dziś trochę przybalować. Problemem pozostawały finanse. Wysiliłem mózg, co było złym pomysłem przy tak wysokiej temperaturze powietrza i lekkim kacu. Cudem uniknąłem omdlenia. W każdym razie zdążyłem dojść do tego, że znów wykorzystam pewną swoją wadę. Wadę od czasu do czasu pożyteczną – brak moralności w niektórych sprawach. Zaraz zrozumiecie o co chodzi.
Ania D. nie była zbyt urodziwą dziewczyną, ale miała kupę kasy. No i leciała na mnie. Puściłem jej sygnał.
- Jonasz? Dzwoniłeś?
- Si. Cześć Aniu. Chciałem się spytać, czy może nie masz ochoty na spacer dziś wieczorem?
- Hmm… W sumie nie mam nic w planach. Spacer a potem jakaś kolacja?
- Chętnię bym cię zaprosił, ale nienajlepiej z kasą u mnie ostatnio. Zostańmy przy spacerze, a innym razem zaproszę cię na kolację.
- Oj, daj spokój Jonasz! Nie musisz się o nic martwić. Trzeba pomagać przyjaciołom w potrzebie. Postawię dziś kolację, a ty, jeśli tak cię to męczy, zrewanżujesz się w przyszłości.
- Ech, za dobra jesteś dla mnie Aniu.
- Przestań! To o której się widzimy?
- 19 ci pasuje?
- Super. Zadzwonie jak będę zbliżać się do centrum. Buziak.
Wieczór załatwiony. Teraz zimne piwo, dom, kąpiel i oczekiwanie. Czynność ‘oczekiwania’ to coś strasznego o pustym żołądku, ale przynajmniej zaoszczędziłem parę złotych. Sztuka poświęceń.
Jedno oko, drugie oko – ok, już nie śpię. Rozejrzałem się. No tak, znów to samo – po mojej lewej stronie leżała Ania. Zacząłem myśleć: krótki spacer – kolacja – wódka – wódka – wódka – pub – wódka – wódka – klub – wódka – whisky – moje mieszkanie. Pięknie. Podniosłem się powoli i skierowałem swój krok w stronę lodówki. “Aniu, za co ty tak mnie lubisz…” – pomyślałem, gdy zobaczyłem jakieś 30dg szynki, dwie cole, 3/4 gorzkiej i 12 jaj. Nastawiłem wodę na kawę, spojrzałem na zegarek. “Trzynasta!?” – no właśnie, parę godzin temu miałem rzucać robotę. Muszę tam iść i pogadać, może wypłacą mi kasę za te niepełne dwa dni pracy. Obudziłem Anię i powiedziałem jej, że może sobie spać, tylko niech potem zostawi klucz u dozorcy. Wziąłem prysznic i wybiegłem łapać autobus.
- Trocki?! Co ty tu robisz o tej porze? – Pani Dorota krzyczała piękniej niż zwykle. Żal mi było zostawiać to miejsce. A, zapomniałbym – moje nazwisko to Trocki, czyli podwójnie przesrane. Jonasz Trocki – symbol pokolenia? No fucking way.
- Pani Doroto, mam bardzo ważną sprawę. Możemy chwilę porozmawiać na osobności?
- Niech będzię. Byle szybko! Za mną.
Przeprowadziła mnie przez salę zapełnioną ułożonymi w kilku rzędach stanowiskami komputerowymi. Szła przodem. Rozumiecie co to znaczy? Jej pośladki prowadziły z moimi oczami grę zmysłów, poczułem pot rodzący się na powierzchni dłoni i pod
t-shirtem… Pomyślałem o seksie z Anią na trzeźwo – powstrzymałem erekcję.
- A więc, co takiego masz mi do powiedzenia Trocki?
- Najpierw chciałem bardzo przeprosić za spóźnienie – musiałem załatwić mnóstwo spraw w związku z pewną, niespodziewaną sytuacją. Pamięta pani jak na interview wspomniałem, że interesuje się muzyką?
- Pamiętam.
- Wczoraj dowiedziałem się, że mój producencki projekt wygrał międzynarodowy konkurs ASPO. W piątek wyjeżdżam do Berlina na warsztaty. Nie mówiłem o tym wcześniej, bo naprawdę nie spodziewałem się, że wygram.
- Nie nadążam trochę, ale z tego, co zrozumiałam – rzucasz pracę, tak?
- Tak jakby. Tu chodzi o moje marzenia, nie mogę tego odpuścić.
- No nic, w takim wypadku pozostaje mi życzyć ci powodzenia.
- Jeszcze tylko jedna sprawa – teraz, gdy wyjeżdżam liczy się dla mnie każdy grosz. Czy jest szansa żebym dostał to co zdążyłem zarobić?
- Znasz zasady – okres wypowiedzenia to 20 dni. Gdy zostawiasz pracę z dnia na dzień dostajesz 50% tego co zarobiłeś.
- Ok, zawsze coś. To będzie przelew, tak?
- Tak, w ciągu dwóch tygodni.
- Dziękuję bardzo. Naprawdę miło się z panią pracowało. Dowidzenia.
- Żegnam Jonaszu.
Jezu, słowo ‘żegnam’ wypowiedziała w taki sposób, że miałem ochotę rzucić się na nią z językiem. No nic. Wstałem, wyszedłem, zapomnę. ASPO – kurwa, mogłem wymyślić coś lepszego. Ale generalnie niezła historia. Może zajmę się muzyką? To byłoby ciekawe.
Wróciłem do domu. Potrzebowałem odpoczynku.