10
lip
09

# cortazar

http://w994.wrzuta.pl/audio/57CEojJoTPO/emiliana_torrini_-_04_-_dead_things

Chciałbym przestać rozumieć, że to co o niej myśle, to co odczuwam jest proste, że nie ma zbyt wielu możliwych wyjść, że wszystkie są oczywiste, chce nie pamiętać albo nie znać, cofnąć się o parę lat, chce być naiwny i dać się nabrać.

Nie wiem skąd się wzięła w mojej głowie i czemu akurat ona, czemu w sytuacji podobnej do dziesiątek innych, wcześniejszych, sytuacji po których niczego się nigdy nie spodziewałem, sytuacji które zapominałem szybko i skutecznie. Pierwsze wrażenie? Nie było nawet czegoś takiego jak pierwsze wrażenie, nie myślałem o tym, nie działo się nic szczególnego a noc śmierdziała banałem, jak większość nocy w tamtym okresie. Potem była jeszcze jedna noc, jeszcze bardziej banalna, a teraz, teraz jest absurd.

Może to oczy, może wyćwiczony, lecz wyglądający całkiem naturalnie uśmiech, może pewność siebie lekko naginana przez wrażliwość, może to znów tylko moje myśli, dziwne krzyżówki sam nie wiem czego, niejasne połączenia, nielogiczne wnioski, samotność podporządkowująca sobie umysł bardziej niż inne moje choroby, iluzje i zaprzeczenia, tłumiony żal i prowokowany entuzjazm.

“Dotykam twoich ust, palcem dotykam brzegu twoich ust, rysuję je tak, jakby wychodziły spod mojej ręki” – próbowałem rysować, setki pomiętych kartek w koszu na śmieci, ręka drżąca z każdym dniem coraz bardziej…

“i wystarczy, bym zamknął oczy, aby zmazać to wszystko i zacząć od nowa” – od nowa? kartki lądują w koszu, nie potrafię nic zmazać, niecierpliwię się, palę mosty.

“usta wybrane pośród wszystkich, w absolutnej wolności przeze mnie wybrane, aby moja ręka narysowała je na twojej twarzy, a które przez niezrozumiały dla mnie przypadek dokładnie odpowiadają twoim ustom, uśmiechającym się pod moimi palcami.” – po ukończeniu rysunku orientowałem się, że nie pasuje do niczego co znam, albo że nic z tego co znam, nie pasuje do mojego rysunku. obserwowałem uśmiech pod moimi palcami, uśmiech który nigdy nie był moim szczęściem, nigdy nie dawał mi szczęścia.

“I jeżeli całujemy się aż do bólu — jest to słodycz, a jeżeli dusimy się w krótkim, gwałtownym, wspólnie schwyconym oddechu — ta sekundowa śmierć jest piękna.” – marzę by na sekundę umrzeć. codziennie skaczę z okna, rzucam się w przepaść, kładę się na torach, i zawsze, za każdym razem w niewyjaśniony sposób uchodzę z życiem; obolały, wątpiący coraz bardziej.

19
kwi
09

# rozdział pierwszy: telemarketing

Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się zasnąć z odpalonym papierosem w ręce. To pewnie przez to zmęczenie, muszę uważać. Na szczęście nie spłonąłem żywcem – jedyna ofiara całego zajścia to lekko przypalone prześcieradło. Ale mniejsza z tym, dziś wielki dzień – zaczynam pracę. Będą pieniądze, będą rozrywki, będzie sens życia. Wprawdzie telemarketing to nie jest szczyt moich ambicji, ale cóż, licealista dużego wyboru nie ma. Chyba wolę to niż cały dzień sprzedawać sfrustrowanym, podirytowanym ludziom hamburgery. Choć rozsądnie na to patrząc – teraz będę cały dzień sprzedawał sfrustrowanym, podirytowanym ludziom książki o ubezpieczeniach społecznych w praktyce. Wszystko ssie. Ale pieniądze na wakacyjną zabawę z nieba nie spadną. I tak dobrze, że matka opłaca mi klitkę w Warszawie i daje kasę na podstawowe potrzeby. Niestety ostrego chlania i napalonych dziewczyn nie uznaje za podstawową potrzebę.

Skierowałem się w stronę łazienki z zamkniętymi oczami. Nie lubię z rana patrzeć na ten syf w moim mieszkaniu. Niby nie jest dramatycznie – na bałagan składają się w większości opakowania po różnych produktach, papierki, butelki, siatki po zakupach – nie ma starego żarcia. Syfu organicznego (jeśli można tak powiedzieć – nie znam się na chemii) bym nie zniósł. Umyłem zęby i podniosłem powieki. Nie można cały czas się oszukiwać, trzeba stawić czoła problemom. Wieczorem trochę ogarnę. Zajżałem do lodówki i przeprowadziłem remanent. Wyszło, że mam cztery plasterki szynki, dwa żółtego sera, ćwierć kostki masła, jajko i butelkę wody. Wyjąłem z szuflady dwie kromki pieczywa tostowego i wrzucilem na nie wszystko co się do tego nadawało. Nigdy nie miałem talentu do oszczędzania. Po śniadaniu ubrałem się i wyszedłem. Praca czeka.

“Pierwszy dzień zawsze jest trudny” – pomyślałem wracając do domu. Telemarketing to jednak straszne chujostwo. Sześć godzin powtarzania tej samej formułki tylko po to, by w 98% przypadków usłyszeć “spierdalaj” w bezpośreniej bądź nieco milszej formie. Dobrze, że są chociaż przerwy na papierosa. No i gość pracujący przy sąsiednim biurku to całkiem ogarnięty typ. Mówi, że nieźle wymiata na gitarze i że czyta Millera. Zaprosiłem go na wódkę w najbliższym czasie.

Sprawdziłem zawartość portfela – 43 złote i 80 groszy. Wszedłem do sklepu i zacząłem się zastanawiać co kupić do jedzenia. Po dwudziestu minutach zdecydowałem się na tani makaron i jakiś podły sos pomidorowy. Oprócz tego wziąłem jeszcze pół litra gorzkiej i litrową colę. Zawsze zastanawiam się nad tym co zjeść, nigdy co pić.

Gdy dotarłem do mieszkania od razu wstawiłem wodę na makaron – byłem kurewsko głodny. Czekając wyjrzałem przez okno. Marszałkowska… Żyje w samym środku gówna. Nie rozumiem czemu tak lubię to miasto. Sąsiedzi są złośliwi, policjanci wredni a dziewczyny zarozumiałe. Jeden wielki kompleks z tej Warszawy. A do tego wysokie ceny, korki i cuchnące snobizmem knajpy. Nic nie rozumiem.

Woda się zagotowała. Zoorientowałem się, że nie mam soli. “Pierdolić temat” – westchnąłem w myślach i wrzuciłem makaron. W drugim garnku zacząłem przygotowywać sos. W brzuchu burczało niemiłosiernie. Przypomniałem sobię o wódce, wstawiłem ją do zamrażarki. W trakcie gotowania postanowiłem, że nigdzie dziś nie wyjdę. Z gotówki zostały mi tylko jakieś drobne, a konta nie chciałem ruszać – do końca lipca jeszcze 24 dni, a ja wydałem już 40% przesłanych na ten miesiąć przez mamę środków. Zresztą jutro kolejny dzień w nowej pracy, przyda się być wypoczętym.

Przyznam się wam do czegoś – mam na imię Jonasz. Przesrane, nie?  Jestem ciekaw co mieli na myśli moi starzy, gdy mi je nadawali. Nie słyszałem by kiedykolwiek ćpali, wydają się całkiem zdrowi na umyśle (choć ojca dość dawno nie widziałem, więc nie wiem czy coś się nie zmieniło w tej kwestii)… Dziwna sprawa. Podejrzana sprawa.

Zjadłem improwizowane spaghetti i spojrzałem na swój brzuch. Jestem chudzielcem, strasznym chudzielcem, niespełna dwu-metrowym gościem trawiącym żarcie z prędkością lokomotywy. Podobno w żargonie dietetyków na takich jak ja mówi się “szybki spalacz”. To dość frustrujące określenie, gdy jest się człowiekiem o słomianym zapale i tendencją do autodestrukcji. Szybki spalacz co się szybko wypala. Kurwa, jak ja bym chciał, żeby ta nazwa kojarzyła mi się z trawieniem.

Wieczorem popijałem drinki oglądając jakiś lekki film w telewizji. Relaks, o tak, tego mi było trzeba. Myślałem o tym, że jutro znów będę musiał stać się częścią niewolniczego systemu, nie szanowaną przez nikogo mrówką, wyrośniętą, kościstą mrówką. Walić to, za pare lat zostanę światowej sławy artystą. Nie wiem jeszcze którą dziedziną sztuki się zajmę, ale zostanę artystą, to pewne, czuje to w żołądku, nogach, włosach, na ustach. W wywiadach naopowiadam o swojej ciężkiej przeszłości, trudnych początkach. Jonasz Trocki stanie się symbolem pokolenia. W sumie to już jest, ale mało kto o nim słyszał.

Spóźniłem się do pracy 40 minut. Dostałem opierdol. To trochę dziwne, ale podobało mi się. Moja szefowa jest demonem seksu, dam sobie głowę uciąć. Ma twarz Kate Holmes i nogi… w sumie też Kate Holmes. Lubię jak na mnie krzyczy. Dawno nie miałem na żadną tak wielkiej ochoty. Coś czuję, że dziś jeszcze trochę nabroję w pracy. W końcu Pani Dorota musi mieć na kim odreagować stresy dnia powszedniego.

Wyszedłem z roboty pół godziny przed czasem. Nie wytrzymałem. Na dworze słońce topiące beton, dziewczyny w miniówach, stragany z lodami i zimnymi napojami, a ja niby mam siedzieć w tym dusznym, obsranym budynku i sprzedawać jakieś irracjonalne gówno?! Nie ma bata. Pierdole, jutro rzucam tę pracę. Do końca tygodnia napewno znajdę coś lepszego, gdzie więcej płacą i zatrudniają mnóstwo dobrych dup. Kto inny wydyma Panią Dorotę.

Pomyślałem sobię, że skoro mam wylądować na bezrobotnym, to mogę dziś trochę przybalować. Problemem pozostawały finanse. Wysiliłem mózg, co było złym pomysłem przy tak wysokiej temperaturze powietrza i lekkim kacu. Cudem uniknąłem omdlenia. W każdym razie zdążyłem dojść do tego, że znów wykorzystam pewną swoją wadę. Wadę od czasu do czasu pożyteczną – brak moralności w niektórych sprawach. Zaraz zrozumiecie o co chodzi.

Ania D. nie była zbyt urodziwą dziewczyną, ale miała kupę kasy. No i leciała na mnie. Puściłem jej sygnał.

- Jonasz? Dzwoniłeś?
- Si. Cześć Aniu. Chciałem się spytać, czy może nie masz ochoty na spacer dziś wieczorem?
- Hmm… W sumie nie mam nic w planach. Spacer a potem jakaś kolacja?
- Chętnię bym cię zaprosił, ale nienajlepiej z kasą u mnie ostatnio. Zostańmy przy spacerze, a innym razem zaproszę cię na kolację.
-  Oj, daj spokój Jonasz! Nie musisz się o nic martwić. Trzeba pomagać przyjaciołom w potrzebie. Postawię dziś kolację, a ty, jeśli tak cię to męczy, zrewanżujesz się w przyszłości.
- Ech, za dobra jesteś dla mnie Aniu.
- Przestań! To o której się widzimy?
- 19 ci pasuje?
- Super. Zadzwonie jak będę zbliżać się do centrum. Buziak.

Wieczór załatwiony. Teraz zimne piwo, dom, kąpiel i oczekiwanie. Czynność ‘oczekiwania’ to coś strasznego o pustym żołądku, ale przynajmniej zaoszczędziłem parę złotych. Sztuka poświęceń.

Jedno oko, drugie oko – ok, już nie śpię. Rozejrzałem się. No tak, znów to samo – po mojej lewej stronie leżała Ania. Zacząłem myśleć: krótki spacer – kolacja – wódka – wódka – wódka – pub – wódka – wódka – klub – wódka – whisky – moje mieszkanie. Pięknie. Podniosłem się powoli i skierowałem swój krok w stronę lodówki. “Aniu, za co ty tak mnie lubisz…” – pomyślałem, gdy zobaczyłem jakieś 30dg szynki, dwie cole, 3/4 gorzkiej i 12 jaj. Nastawiłem wodę na kawę, spojrzałem na zegarek. “Trzynasta!?” – no właśnie, parę godzin temu miałem rzucać robotę. Muszę tam iść i pogadać, może wypłacą mi kasę za te niepełne dwa dni pracy. Obudziłem Anię i powiedziałem jej, że może sobie spać, tylko niech potem zostawi klucz u dozorcy. Wziąłem prysznic i wybiegłem łapać autobus.

- Trocki?! Co ty tu robisz o tej porze? – Pani Dorota krzyczała piękniej niż zwykle. Żal mi było zostawiać to miejsce. A, zapomniałbym – moje nazwisko to Trocki, czyli podwójnie przesrane. Jonasz Trocki – symbol pokolenia? No fucking way.
- Pani Doroto, mam bardzo ważną sprawę. Możemy chwilę porozmawiać na osobności?
- Niech będzię. Byle szybko! Za mną.

Przeprowadziła mnie przez salę zapełnioną ułożonymi w kilku rzędach stanowiskami komputerowymi. Szła przodem. Rozumiecie co to znaczy? Jej pośladki prowadziły z moimi oczami grę zmysłów, poczułem pot rodzący się na powierzchni dłoni i pod
t-shirtem… Pomyślałem o seksie z Anią na trzeźwo – powstrzymałem erekcję.

- A więc, co takiego masz mi do powiedzenia Trocki?
- Najpierw chciałem bardzo przeprosić za spóźnienie – musiałem załatwić mnóstwo spraw w związku z pewną, niespodziewaną sytuacją. Pamięta pani jak na interview wspomniałem, że interesuje się muzyką?
- Pamiętam.
- Wczoraj dowiedziałem się, że mój producencki projekt wygrał międzynarodowy konkurs ASPO. W piątek wyjeżdżam do Berlina na warsztaty. Nie mówiłem o tym wcześniej, bo naprawdę nie spodziewałem się, że wygram.
- Nie nadążam trochę, ale z tego, co zrozumiałam – rzucasz pracę, tak?
- Tak jakby. Tu chodzi o moje marzenia, nie mogę tego odpuścić.
- No nic, w takim wypadku pozostaje mi życzyć ci powodzenia.
- Jeszcze tylko jedna sprawa – teraz, gdy wyjeżdżam liczy się dla mnie każdy grosz. Czy jest szansa żebym dostał to co zdążyłem zarobić?
- Znasz zasady – okres wypowiedzenia to 20 dni. Gdy zostawiasz pracę z dnia na dzień dostajesz 50% tego co zarobiłeś.
- Ok, zawsze coś. To będzie przelew, tak?
- Tak, w ciągu dwóch tygodni.
- Dziękuję bardzo. Naprawdę miło się z panią pracowało. Dowidzenia.
- Żegnam Jonaszu.

Jezu, słowo ‘żegnam’ wypowiedziała w taki sposób, że miałem ochotę rzucić się na nią z językiem. No nic. Wstałem, wyszedłem, zapomnę. ASPO – kurwa, mogłem wymyślić coś lepszego. Ale generalnie niezła historia. Może zajmę się muzyką? To byłoby ciekawe.

Wróciłem do domu. Potrzebowałem odpoczynku.

17
kwi
09

# fragmenty sam nie wiem czego

Nat King Cole – My Baby Just Cares For Me

Potrzebowałem odświeżenia. Łyknąłem z gwinta taniego wermuta i wyszedłem na balkon by trochę pomyśleć przy papierosie. Było gorąco, słońce odbijało się od mojej bladej skóry. Widok z perspektywy piątego piętra bardzo mi odpowiadał – nie wiem czy nie bardziej niż perspektywy wszystkich pozostałych pięter. Wysokość idealna.

“Czy powinienem coś zmienić?” – zapytałem sam siebię – “Nie… W gruncie rzeczy dobrze jest tak, jak jest”. Wyrzuciłem papierosa za balustradę i wróciłem do mieszkania.

Ania jeszcze spała. Prześcieradło którym była przykryta zasłaniało tylko połowę jej smukłego ciała. Była śliczna, zdecydowanie śliczna. Pogapiłem się chwilę na jej łydki – gładkie, szczupłe, delikatne – i poszedłem zrobić śniadanie.

Szykując grzanki i jajka sadzone myślałem o tym co powiedziała Ania w nocy – że jestem sfrustrowany seksualnie. Po chwili zastanowienia stwierdziłem, że to niemożliwe. Jestem nieco sfrustrowany życiem, ale napewno nie seksualnie. Była pijana, dlatego gadała takie rzeczy. Zresztą, kilka sekund później się na mnie rzuciła. Pewnie sama jest sfrustrowana, o to chodziło.

Znałem Anię na tyle, by wiedzieć, że jeśli chce się ją wyrwać z łóżka, nie można być delikatnym. Wylałem na jej głowę szklankę zimnej wody. Pokrzyczała chwilę, ubrała się i siedliśmy do śniadania.

- Dalej czujesz się samotny?
- Aniu, wiesz, że nigdy nie będzie inaczej.
- Nie sądzisz, że to trochę posrane?
- Śniadanie ci nie smakuje?
- Mógłbyś czasem ze mną normalnie porozmawiać.
- A nie rozmawiam z tobą normalnie?
- Ok, dużo ze mną rozmawiasz, ale nigdy o sobie.
- Nie ma sensu rozmawiać o mnie. Wiem – tobie się wydaje inaczej, ale w tym wypadku nie mogę się liczyć z twoim zdaniem, nie chcę. Na milszą asertywność mnie nie stać, więc skupmy się na jedzeniu.

Nie lubię o sobię opowiadać. Co miałbym mówić? Że mam 22 lata, niewielkie mieszkanie i stary rower? To większość moich znajomych wie, nie muszą pytać. Może miałbym rzucić coś o nudnych studiach, zerwanych kontaktach z rodziną, kiepskiej pracy? Bez sensu. Owszem – mam jakieś plany, marzenia… Ale na tym świecie są miliony ludzi opowiadających o szczytach co je zdobędą, pomysłach które zrealizują. Większość z nich nie stawia nawet jednego kroku w kierunku osiągnięcia celów o których tyle gadają. Przeraża ilość przegranych, sfrustrowanych osób, oszukujących siebie oraz towarzyszy różnych rozmów, by choć przez chwilę poczuć się lepszymi, spełnionymi. Nienawidzę momentów, gdy zauważam jakiekolwiek podobieństwo między mną a Nimi. Między innymi dlatego nie lubię o sobie opowiadać – przeszłość jest nieciekawa i przytłaczająca a przyszłość zbliża mnie do Nich.

Ale Anii potrafiłem wybaczyć to, że za każdym razem nalegała bym zaczął o sobie opowiadać. Sama miała wyjątkowo trudne życie – do 14 roku życia mieszkała z ojczymem który ją lał regularnie, potem spędziła kilka lat w sierocińcu i zaczęła pracować. Gdy miała 19 lat jej były chłopak rzucił w nią żelazkiem, od czego ma dwudziesto-centymetrową bliznę na brzuchu. Teraz mieszka w kawalerce na Grochowie i stara się ulepić z swojego życia coś choć trochę przyjemnego i pozbawionego bólu.

Nalałem jej soku z czerwonej porzeczki. Skończyliśmy posiłek w milczeniu.

...

11
kwi
09

# dziś nie piszę opowiadań

coraz bardziej rozbijamy się na drobne, nie? coraz mniej w nas jakichkolwiek konkretów, monolitów, moralnych brył. nasze charaktery zamiast twardnieć rozpływają się, giną gdzieś w podszywających miasto ściekach, bądź zostają wyżarte przez toksyny zasiedlające nasze żyły. mówie o warszawiakach, innych ludzi nie znam na tyle by się wypowiadać. choć pewnie w reszcie miast jest podobnie. wsie to wyjątki. na wsiach nie ma takich absurdalnych, cywilizacyjnych problemów. beton dużo zmienia, tych kilka ulic więcej robi różnicę, zwiększona ilość miejsc pracy, galerii handlowych, wieżowców – to wszystko oddziaływuje, dziwnie oddziaływuje.

myśle o tym w jakim kiepskim miejscu i czasie nas postawiono. czasem też myślę o tym, w jak do reszty chujowym miejscu i czasie zostaną postawione nasze dzieci. często wydaje mi się, a raczej – często bliski jestem postanowienia sobie, że nigdy nie będę chciał mieć potomstwa. naprawdę uważam rodzenie dzieci za robienie komuś krzywdy. tzn robienie krzywdy tym dzieciom. choć jest w tym myśleniu napewno dużo egoizmu – wiem, że jeśli będę miał potomstwo, to zgnije ze stresu; myśli o tym co może je spotkać, co może je wypaczyć, co będą musiały przeżywać – tego cholernie się boję.

ale ja generalnie za dużo myśle i zbyt często partacze sobie życie tym myśleniem.

macie może teraz lekko sentymentalny nastrój? mnie jakoś dopadł. choć jest w tym pewnie szczypta melancholii. świat absurd, absurd świat. nie ogarniam z przyswajaniem – natłok wszystkiego, impulsy z każdej strony, miliony skrajnych, skrajnie przeciwnych odczuć, kurewski misz masz z piekła rodem. jestem przeciwieństwem próżni.

dobrze, że czasem można się wygodnie usadowić i posłuchać muzyki.

06
kwi
09

# Pani Błękit

Według Martyny źle mi z oczu patrzy. Mówi, że z takim spojrzeniem trudno znaleźć przyjaciół, trudno wzbudzić zaufanie. Nie wierzę jej do końca. Wczoraj poznałem pewną dziewczynę. Miała róż na ustach, smukły nos i ładne, szczupłe łydki. Rozmawialiśmy długo. Nie bała się mnie, nie próbowała spławić, nie odwracała wzroku. Kazała nazywać się Błękitem, więc mówiłem do niej Błękit. Dla niektórych to pewnie strasznie dziwne, ale dla mnie nie było w tym przesady. ‘Błękit’ brzmi przecież tak delikatnie – kojarzy się z wakacyjnym niebem, z spokojem. W pewnym sensie ona była jak ‘błękit’. Czułem się przy niej dobrze – bezpiecznie, swobodnie. Opowiedziała mi o swoim życiu – pochodziła z jakiejś małej miejscowości której nazwy nie byłem w stanie zapamiętać, po liceum dostała stypendium, wyjechała do Warszawy studiować archeologię, lubiła Herbiego Hancocka i tosty z masłem orzechowym, w wolnych chwilach pisała wiersze. Poprosiłem by mi jakiś wyrecytowała. Ludzie zwykle w takich chwilach grzecznie odmawiają – ona się zgodziła:

byłam
lecz nie mogę
być dalej
okradł mnie
ten o
wielkich
łagodnych
oczach
zabrał wszystko
gdy spałam
teraz paruję
ulatuję
nie chcę być materialna
źle mi z tym
płaczę

Podobno bardzo wczuwam się w wiersze. Ten był wyjątkowo niepokojący, ale nie zadawałem pytań. Przeczytałem jej jeden swój. Nie spodobał się, ale dalej była bardzo miła.

Chciała się dowiedzieć czegoś o mnie. Powiedziałem prawdę – że jestem zakochanym w sobie pijakiem. Uśmiechnęła się, nie wierzyła. Zapytałem się jej, czy rzeczywiście mi tak źle z tych oczu patrzy. Powiedziała, że wręcz przeciwnie, że co najwyżej wyglądam na lekko zmęczonego i zrezygnowanego. Spróbowałem ją pocałować, ale się nie dała. To zrozumiałe, w końcu była Błękitem, czymś więcej, czymś wyjątkowym.

26
mar
09

# echo

rozbity na
parę części
sprzecznych
różnych
ślepych

nos czerwony od słońca

nie krzyczę
i
nie rwę na strzępy
nauczyłem się
dojrzałego śmiechu
głębokiego śmiechu
ciężkiego
i
przepełnionego życiem

nie chcę zostać
amputowany
zatrzymam się
tu
na chwilę
popatrzę
na krwiste
wybuchy zachowań
i senne
westchnienia sumień

***

chciałbym poznać
prawdziwą pokutę
znienawidzić czyny
których żałuję
nie wiem co to
szczera skrucha

sumienie -
- głos
z pustej paczki po papierosach

——————————

szukam dla siebie cienia

18
mar
09

# Wichura

Muzyka: 17_generique

Zapaliłem świeczkę i wyjrzałem przez okno. Porywisty wiatr, nic nowego. Okolice Gortyszowa były często nawiedzane przez gwałtowne wichury. Gwałtowne i dość specyficzne ze względu na ich dźwięk. Nie budził strachu, nie niepokoił. Wprowadzał do głowy dziwną, głuchą pustkę, czy raczej wywiewał z niej wszelką radość, jednocześnie nie czyniąc człowieka smutnym. Otępiał.

…Zawsze, gdy nadchodził zapalałem świeczkę i siadałem przy oknie by wpatrywać się w nicość. Często po jakimś czasie pojawiały się pojedyncze łzy – nieśpiesznie nabierały objętości w kącikach oczu, potem wypadały, powoli spływały wsiąkając w twarz nim dotarły do brody. Ale w dalszym ciągu nic nie czułem.

Dom Anny i Michała stał przy ulicy Granicznej. Był to niczym się nie wyróżniający, dobrze wyposażony bungalow – idealny dla młodej pary z dzieckiem. Otaczał go prosty, zadbany ogródek – średniej wielkości drzewa iglaste (różnego rodzaju) posadzone wzdłuż ogrodzenia, równo przystrzyżona trawa niezłego gatunku, świerki kreślące swoim ułożeniem drogę od furtki do drzwi frontowych. Była też mała, drewniana altanka do której prowadziła usypana z kamieni ścieżka, otoczona symetrycznie powbijanymi w ziemię pochodniami.

- Nazywam się Iwona Radzik. Mam się dziś zajmować państwa dzieckiem. – przedstawiła się młoda dziewczyna.

Michał przyjrzał się jej dokładnie, po czym wpuścił ją do środka. Był w złym nastroju.

- Ania! Szybciej, opiekunka przyszła!

- Nie drzyj się tak! Chcesz mi coś powiedzieć to tu przyjdź!

Iwona zdjęła kurtkę i czekała na instrukcje.

- Tam możesz położyć swoje rzeczy – powiedział Michał wskazując na znajdującą się w salonie kanapę – poczekaj tu chwilę, pójdę po żonę, ona ci wszystko wytłumaczy.

Gdy wyszedł, opiekunka zaczęła się rozglądać po domu. Podobało jej się. Poczuła lekką zazdrość. Sama nie miała dość pieniędzy by skończyć studia.

- Ile można na ciebie czekać!? Ta dziewczyna którą poleciła Marta już przyszła…

- To idź i ją wydymaj jak ci sie nudzi. Muszę skończyć się malować.

- I co kurwa jeszcze!?

- Nie klnij! Dziecko słucha.

- Daj spokój… ma pięć miesięcy. Nic nie rozumie i zapewne gówno go obchodzi co mówię. No właśnie, gdzie nasz mały Ireneusz?

- Siedzi w kojcu. Tatuś nie miał czasu się nim zająć bo musiał przywitać panią opiekunkę.

- Odpuść sobię. Idź lepiej do tej dziewczyny, ja zostanę z dzieckiem.

Iwona starała się dostrzec piękno w obrazie umieszczonym na ścianie ponad kanapą. “Bezpłciowe, mieszczańskie gówno” – podsumowała.

- Cześć! Jestem Anna Heringer. Rozumiem, że ty jesteś Iwoną o której Marta tyle mi mówiła?

- Zgadza się. Zajmowałam się już parę razy jej córką.

- Słuchaj, my musimy za chwilę wychodzić. Irek jest w kojcu, w swoim pokoiku – na górze. Najlepiej idź do niego zaraz. Między dziewiętnastą a dwudziestą powinnaś go wykąpać. Wszystkie potrzebne rzeczy znajdziesz w łazience. Odessałam mleko, jest w kuchni. Jak wypije połóż go do łóżeczka i opowiedz mu jakąś bajkę. Najlepiej, żebyś zostawiła otwarte drzwi na górę i nie oglądała zbyt głośno telewizji – Irek często budzi się w nocy. Będziemy z powrotem koło pierwszej, wtedy też ci zapłacimy. Jakbyś miała jakieś pytania dzwoń, numer znajdziesz przy telefonie stacjonarnym.

Dziewczyna poszła do chłopca, Michał zszedł na dół. Ubrali się z Anną i wyszli z domu.

Najpierw byli w kinie. Kiepski film akcji, Annie nie podobał się ani trochę co starała się zademonstrować Michałowi. Michał twierdził, że za dużo narzeka czym piekielnie go irytuje. Pokłócili się zaraz po wyjściu z sali.

Nie znaleźli porozumienia, ale nie chcieli też marnować wieczoru wolnego od Irka. Wybrali się do niezłej restauracji zjeść kolację.

Atmosfera się zaogniła, gdy Annie nie zasmakowało jedzenie. Lokal, tak jak i wcześniej film, wybierał Michał. Po dziesięciu minutach umiarkowanej awantury zaczęli się wyklinać – było coś o zmarnowanej młodości, całkowitym braku szacunku, niewystarczająco dobrej pracy i złym podejściu do wychowania dziecka. Potem podjeli temat rozwodu. Nie po raz pierwszy, ale jak się później okaże – po raz ostatni.

Opowiadam o ich wieczorze w tak beznamiętny sposób, bo akurat on w całej historii najmniej mnie obchodzi, a Anna i Michał chuj mnie obchodzą. W sumie to na jedno wychodzi.

Wracając do ich domu – koło północy Iwona zapadła w głęboki sen. Sam nie wiem czemu to się stało, jak to się stało i dlaczego właśnie tej nocy. Ale się stało i nie ma co dłużej nad tym myśleć.

Irek się obudził. Płakał, lecz nikt go nie słyszał. Wiecie czym jest płacz pięciomiesięcznego dziecka? Jest jednym z najbardziej bolesnych rodzajów płaczu. Jest płaczem całkowicie pozbawionym zrozumienia sytuacji, stanem bez choćby namiastki uczucia bezpieczeństwa. Irek cierpiał w sposób, w jaki dorosła osoba nie jest w stanie sobie wyobrazić. Miotał małymi rączkami, krztusił się własnymi łzami. BAŁ SIĘ. Ślina wylewała mu się z dziecięcych ust, twarz zrobiła się czerwona. A pomoc nie nadchodziła. Mógł umrzeć dusząc się własnymi wydzielinami.

Anna, Michał, Iwona, świat – absurd.

Wstałem, zgasiłem świeczkę, poszedłem do łóżka, zapaliłem. W dalszym ciągu nic nie czułem.

Czemu wcześniej nikt mi nie wyjaśnił, dlaczego nie mogę spać po nocach?

16
mar
09

# Pani Umrak

Tomek zdawał sobię sprawę z tego, że dupy lgną do niego jak muchy do świeżego gówna, ale to była już przesada. Na oko sześćdziesięcioletnia, zwalista baba bez pytania, bez najmniejszego skrępowania dosiadła się do jego stolika i z miejsca zaczęła deklamować historię swojego życia. Był zbity z tropu, nie wiedział jak jej przerwać. A historia była nudniejsza niż nawalony japiszon.

“O co jej chodzi? Czemu to robi? Dlaczego akurat ja?”

Łykną porządnie wódki z sokiem porzeczkowym, odpalił papierosa i starał się nie słuchać.

- …zostałeś wybrany – te słowa, skierowane niewątpliwie do Tomasza wyrwały go z letargu.

- Co?

- Jestem Umrak – bogini seksu. Przybyłam by przeprowadzić cię przez wrota rozkoszy. Skosztujesz ekstatycznego szczęścia. Zostałeś wybrany.

- Aha… Nie chciałbym ci przerywać wątku, ale wyglądasz mi raczej na żonę właściciela masarni, albo… cokolwiek. Nie zmienia to faktu, że nie brzmisz wiarygodnie. Musisz nad tym popracować.

- Nie daj się zwieść pozorom. Otwórz umysł, a zobaczysz moje prawdziwe oblicze.

Piotr skończył drinka. Piątego dziś wieczór. Zamówił dwa kolejne.

- Przepraszam bardzo, ale moc mnie dziś opuściła. I nie licz na to, że z taką mordą zobaczysz mój miecz świetlny.

- Posłuchaj. Jestem Alfą i Omegą orgazmu. Odemnie zaczyna się każda erekcja i na mnie się kończy. Otwórz umysł.

- Bez obrazy, ale ja napewno na tobię nie skończę. Kurwa, zacząć też nie zacznę. Wiesz co? Jesteś starym, zboczonym kawałem suki.

Wtedy stało się coś, czego Tomasz się nie spodziewał. Poczuł, jak jego fiut powoli zaczyna się podnosić. Po chwili podłużny kształt odcisnął się na lekkich, letnich sztruksach.

- Widzisz? – powiedziała Umrak zerkając na krocze Tomasza.

- Kurw… Nie… to niemożliwe. To jedna z moich codziennych, rutynowych erekcji. Nie masz z tym nic wspólnego. Kurwa, przecież ty jesteś obrzydliwa!

- Ile razy mam ci powtarzać nędzny człowieku… Skup się, otwórz umysł, a zobaczysz ucieleśnienie swoich pragnień.

Tomasza to wszystko denerwowało, ale był już na tyle wstawiony, że postanowił spróbować. Usiadł wygodnie, zmarszczył czoło i zaczął się koncentrować: “Nooo kurwa, pokaż co tam masz, pokaż co tam masz dziwko…” Kropla potu spłynęła po jego twarzy. Nagle oniemiał.

Nie było baby. Obok niego siedziało skrzyżowanie nóg Marleny Dietrich z tułowiem Angeliny Jolie i rękoma Jeanne Moreau. Twarzy nie potrafił porównać do niczego co znał. Pała by mu stanęła, gdyby nie to, że pięć minut temu została podniesiona podstępem.

- I jak, niedowiarku? – głos zdecydowanie należał do Billie Holiday.

- W su…

- Cii… Nic nie mów. Teraz moja kolej. Na górze jest pokój. Zaraz zabiorę Cię do niego i zobaczysz czym jest namiętność malutki człowieczku. Przy mojej pomocy dotkniesz bram nieba.

- Wiesz co… Ładna jesteś, ale ja już pójdę – Tomasz wstał z krzesła.

- Co?!

- Słuchaj, podczas seksu mam problemy z otwartością umysłu. Boję się niespodzianek.

Narzucił zamszową kurtkę, zapłacił rachunek i wyszedł zostawiając za sobą Umrak – boginię seksu.

Wyjął papierosa, zapalił i skierował sie w dół ulicy. Tak naprawdę, po prostu nie lubił zarozmumiałych ździr.

16
mar
09

# Robert

Robert przemierzał codziennie setki ulic w poszukiwaniu gwoździa, ale o tym zaraz. Najpierw o samym Robercie.

Był śniadym brunetem o granatowych oczach. Nosił ciemne, wytarte marynarki. Miał zadbane paznokcie u rąk i stóp. Lubił kino, studiował paleontologie, jadał tylko pieczony drób i surowe marchewki, czasem uprawiał seks.

Gdy miał 3 latka rodzice go zostawili albo umarli, nie wiedział do końca – wersje na ten temat były sprzeczne. Sam nigdy nie dociekał, nie lubił przeszłości prawie tak bardzo jak teraźniejszości, nie myślał o tym co przemineło. Za to całkiem nieźle znosił przyszłość, bo jeszcze się nie zdarzyła.

Dwa razy był w stałym związku. Jego pierwsza dziewczyna – Monika – okazała się schizofreniczką i zamknęli ją w psychiatryku. Zszokowała go ta wiadomość – był przekonany, że Monika ma po prostu świetną wyobraźnię i jest lekko ekstrawagancka. Drugą z dziewczyn – Ailę – poznał, gdy miał 24 lata. Ona podawała, że ma 21, jednak okazało się, że dopiero skończyła gimnazjum. Jej ojciec złamał Robertowi nos.

W pracowaniu nigdy nie był zbyt dobry – został zwolniony nawet z funkcji roznosiciela ulotek, gdy zachlany zaczął nimi oblepiać Pałac Kultury. Krzyczał: “ssspszetttałem too góffno! terass je zapakójjje i fyyśle ff chuj!”

Utrzymywał się z datków. Miał kilku znajomych do których wpraszał się często na obiad bądź kolację. Co do mieszkania – był jednym z nielicznych szczęśliwców którzy jako bezdomni dostali je od państwa.

Nie znosił Pink Floyd. Twierdził, że to “straszne chujostwo! Mnie za obrażenie jednej zasranej nauczycielki wyjebali ze szkoły, a te pizdy za pojechanie całego systemu edukacji zyskali miano legendy! No i do kurwy, przecież oni nie mają talentu!”

Z tą jego paleontologią to była dziwna sprawa. Mature pisał cztery razy – dwa podejścia totalnie spieprzył. Trzecie było umiarkowanie kiepskie. Po otrzymaniu wyników wydarł się na całą okolicę: “KUURRRWWAA! Mogę iść nawet na w dupe jebanę paleontologię, tylko żeby mi w końcu poszła ta chujowa matura!!”

Słowa dotrzymał.

Wracając do gwoździa – Robert miał w pokoju niewielki obraz. Bardzo chciał go powiesić na którejś z pustych ścian, ale ubzdurał sobię, że potrzebuje specjalnego gwoździa, którego znaleźć może tylko na jednej z warszawskich ulic.

Obraz przedstawiał morze. Po morzu płynęła rodzina na skromnej łódce. Tatuś i synek wiosłowali, mamusia wyciągała z plecaka kanapki a siostrzyczka opalała się rozwalona na dziobie. Słońce oświetlało ich radosne, roześmiane buzie a lekki, jodowy wietrzyk poprawiał im cerę.

Robert obudził się. Leżał na chodniku. Nikt go nie szukał, nikt o nim nie myślał, nikt za nim nie tęsknił. Uśmiechnął się delikatnie – przynajmniej w snach, miał jakiś cel.

22
lut
09

Strawberry Moon

Adel, czyli strasznie roztrzepany chłopak, spacerował po ulicy wiosennie przyjemnej, której nazwy nie podam, bo żadna prawdziwa ulica nie jest w pełni wiosennie przyjemna, a dla mojej wymyślonej imion tworzyć nie będę, by nie popsuć jej uroku.

A więc spacerował tak roztrzepaniec próbując skupić się na pięknie w błogość wprawiającym ulicy tej wyjątkowej – bez skutku.

Zapadł zmrok. Ulica wiosennie przyjemna stała się ulicą wiosennie-utopijnie przyjemną, czyli czymś jeszcze lepszym.

Adel łapczywym, nosowym hałstem wciągnął powietrze. Poczuł miłość. A mimo całego swojego roztrzepania, nos miał niezawdony. Zawsze. Dlatego bardzo się ucieszył i czekał.

Długie, całkiem zgrabne nogi niosące resztę podobnie przyjemnego ciała odzianego w małą czarną znalazły się w pobliży Adela.

- Cześć chłopcze – seksowny, przyjemny niczym morski szum zakonserwowany w muszli głos wtargnął do głowy Adela.

- Cześć kobieto – odpowiedział.

- Może przeszedłbyś się ze mną wzdłuż tej wiosennie przyjemnej ulicy?

- Niestety, ale nie. Czekam na miłość.

- A skąd wiesz, że to ja nie jestem tą miłością?

- Bo jesteś tylko długimi, całkiem zgrabnymi nogami niosącymi resztę podobnie przyjemnego ciała odzianego w małą czarną. Zresztą nie podobają mi się twoje łydki. A, i nie zauważyłaś, że ulica ta stała się ulicą wiosennie-utopijnie przyjemną.

Adel ukłonił się tajemniczej nieznajomej i ruszył przed siebie. Ciepłe myśli smagały jego prawą półkulę. Gdy minął plastikową reprodukcję Grupy Laokoona i dadaistyczny pisuar znalazł się na rozległym, pokrytym gustowną kostką placu, pośrodku którego stał dąb. Pod dębem leżała dziewczyna. Gdy się do niej zbliżył zobaczył, że śpi. Miała jasne, ale nie blond, postrzępione włosy, delikatną twarz ozdobioną wydajnymi, ale nie przesadzonymi ustami o lekko zadartej górnej wardze i niewielki nosek. Była trochę zakurzona i umorusnana. Miała na sobię błękitną koszulę i białą, krótką spódniczkę. No może nie do końca białą, bo też lekko umorusaną. Nie nosiła stanika. Uwagę Adela zwróciły idealne, smukłe – lecz również dziko seksowne w sposób bezpośredni niczym język Henryego Millera – łydki.

Obudził ją. Powoli podniosła powieki.

- Kim jesteś!? – powiedziała lekko podirytowana.

- Mam na imię Adel – odrzekł chłopak.

- Czego chcesz?

- Jesteś moją miłością?

- Nie, jestem pijana. Daj mi spać.

Adel spuścił wzrok, obrócił się na pięcie i wrócił do domu.

Księżyc tej nocy był w truskawkowej pełni.

A roztrzepany chłopak jutro znów przyjdzie na ulicę wiosennie przyjemną, która po zmroku stanie się ulicą wiosennie-utopijnie przyjemną.

http://www.wrzuta.pl/audio/eVELy9rcKn/08_-_strawberry_mooncig